W USA miała miejsce premiera nowej wersji “Dnia żywych trupów”. Film nie został skierowany do kin, lecz prosto na rynek DVD. Świadczy to co prawda o jego niewysokim kalibrze, ale jednocześnie sam tytuł powoduje, że fani horroru czują gęsią skórkę na plecach.
Reżyserem jest Steve Miner. Tak jest, ten sam człowiek, który rządził w horrorze lat 80. mając na koncie takie tytuły jak “Piątek trzynastego”, “Dom” czy “Czarnoksiężnik”. Miner przebudził się ponownie pod koniec lat 90., ale potem znowu zapadł w artystyczną śpiączkę, w trakcie której zapomniał o horrorze. Teraz znów się przebudził i nakręcił film nie mający wiele wspólnego z oryginałem, nieszczególnie krwawy i nie wnoszący nic nowego do “zombie movies”. Scenarzysta twierdził, że chodziło mu o odtworzenie klimatów charakterystycznych dla George’a A. Romero – czyli zombie kontra zwykli ludzie, wojsko i polityka w tle.
Główną rolę gra Mena Suvari. Jako wojskowa, w mundurze, wygląda nawet dość przekonująco. Wraz ze swoją rodziną oraz towarzyszami broni, bohaterka zmaga się z zalewem zombie. Walczą we wnętrzach oraz terenie otwartym (Bułgaria udaje Amerykę). Słowem, mamy tu do czynienia z przyzwoitym horrorem, dostarczającym odbiorcy standardową dawkę wrażeń. Miło widzieć, że Steve Miner powrócił do gatunku. Szkoda oczywiście, że nie z jakimś własnym projektem, lecz takim nieco na wyrost wykorzystującym legendę “Day of the Dead”, ale i tak nie jest źle. Ten film przynajmniej nie próbuje udawać, że jest czymś więcej niż horrorem klasy niższej niż A.