Najnowszy film włoskiego mistrza grozy, Dario Argento, miał premierę na ubiegłorocznym festiwalu filmowym w Rzymie. Minęło kilka miesięcy i pojawił się z “Trzecią Matką” (Mother of Tears: The Third Mother) w Brukseli.
Reżyser nakręcił ostatnią część nieformalnej trylogii, której pierwszymi dwoma członami były “Suspiria” oraz “Inferno”. “Mother of Tears” jest filmem z wyjątkowo drastycznymi scenami, nawet jak na standardy Argento. O ile w jego starych filmach, zwłaszcza tych z lat 70., gore było tylko dodatkiem do doskonale filmowanych gotyckich wnętrz, przepojonych aurą, której według fanów nie potrafił stworzyć żaden inny twórca, o tyle teraz pozostała z tego głównie krew i ludzkie wnętrzności. Aura tajemnicy tylko od czasu do czasu wyziera spomiędzy dziur w deskach podłogi, dając jednak kilka momentów prawdziwej grozy. Główna bohaterka (grana przez córkę Aregento, Asię) odkrywa straszliwe dziedzictwo swojej rodziny. w którym będzie miejsce na najprawdziwsze wiedźmy. Miejscem akcji jest wieczny Rzym, a cały film zawiera mnóstwo odniesień do twórczości Argento. Jest małpa jak z “Phenomena”, są muzealne wnętrza, pełne rzeźb i obrazów. Stary mistrz starał się być momentami ironiczny, pokazując dystans do swoich demonów i mimo że nie zawsze wszystko wychodziło tak jakby sobie zapewne tego życzył, i tak “Trzecia Matka” pozostaje jego najlepszym filmem od co najmniej “Upiora w operze”, a być może nawet wcześniejszej o całą dekadę “Opery”. Przerwała łańcuch coraz to gorszych filmów Włocha, który po “Card Player” wydawał się znaleźć na samym dnie. Fani to docenili i po projekcji “Trzeciej Matki” rozległy się rzęsiste brawa, będące wyrazem radości, że Argento jeszcze nie umarł. Artystycznie, oczywiście.